Poród w czasach koronawirusa

Epidemia koronawirusa jest czasem szczególnie trudnym dla pań, które oczekują swojego potomka. Obecnie jednak praca Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Szpital Miejskiego w Rudzie Śląskiej wróciła do normy, wznowiono porody rodzinne oraz planowe operacje, a żadna kobieta przy nadziei nie będzie pozostawiona sama sobie. Zmieniły się jednak zasady przyjęcia na oddział – podobnie zresztą jak w całym szpitalu. O ostatnich miesiącach pracy rozmawiamy z dr. hab. n. med. Wojciechem Cnotą, ordynatorem rudzkiej porodówki.

Jak epidemia koronawirusa wpłynęła na funkcjonowanie Oddziału Ginekologiczno-Położniczego? Czy dziś wszystko wróciło do normy?

– Zarówno teraz, jak i w czasie lockdownu, każda pacjentka, która wymagała natychmiastowej pomocy oraz zgłosiła się do porodu, jest i była cały czas u nas przyjmowana. Oczywiście z zachowaniem określonych przez wewnętrzną komisję epidemiologiczną środków bezpieczeństwa. W szczytowej fazie epidemii, podobnie jak w całym szpitalu, także na naszym oddziale wstrzymaliśmy wykonywanie planowych operacji. Ze względu na bezpieczeństwo zawiesiliśmy także porody rodzinne. Obecnie oddział funkcjonuje bez większych zmian. Wykonujemy planowe operacje, a na początku maja przywróciliśmy porody rodzinne. Nadal jednak obowiązuje zakaz odwiedzin dla całego szpitala. Zmieniła się także procedura przyjmowania pacjentek na nasz oddział. Każda z nich ma wykonywany wymaz pod kątem zakażenia COVID-19. W przypadku planowanych operacji czekamy na wynik. Gdyby był on dodatni, a stan pacjentki dobry, moglibyśmy ją przekazać do szpitala jednoimiennego. Natomiast jeżeli operacja jest pilna, nie czekamy na wynik, lecz z zastosowaniem środków ochrony osobistej, wykonujemy zabieg lub odbieramy poród. Mamy wyizolowane sale, gdzie taka pacjentka może być umieszczona do momentu uzyskania wyniku testu. Podobnie jest w przypadku, gdy trafia do nas pani, przebywająca na kwarantannie lub z objawami mogącymi wskazywać na koronawirusa.

– Mieliście przypadek, kiedy przyszła mama zgłosiła się do porodu, a okazało się, że jest zakażona?

– Tak. Pani miała pobrany wymaz i rozpoczął się fizjologiczny poród. Po 12 godzinach otrzymaliśmy wynik i okazało się, że pacjentka była bezobjawową nosicielką koronawirusa. Natychmiast została odizolowana, zdezynfekowaliśmy salę porodową oraz pomieszczenia, gdzie pacjentka przebywała. Przeanalizowaliśmy także, czy personel dochował wszelkich możliwych środków ostrożności. Dzięki temu nie musieliśmy wysyłać pracowników na kwarantannę. Pacjentka po 24 godzinach została wypisana do domu na obserwację, ponieważ przebieg choroby był u niej bezobjawowy. Dodam, że choć nie było to łatwe z emocjonalnego punktu widzenia, po otrzymaniu wyników testu musieliśmy odizolować panią od dziecka i także je przebadać. Transmisja koronawirusa w ciąży wprawdzie się nie zdarza, ale noworodek mógł zarazić się od matki przez późniejszy kontakt bezpośredni.

– Skoro już mowa o kontakcie z najbliższymi… dla pań z pewnością trudny był czas, kiedy nikt z bliskich nie mógł im towarzyszyć w tym szczególnym dniu porodu.

– Czasami jest to jedyne w życiu tak szczególne wydarzenie. Tego czasu nie da się powtórzyć i nadrobić. Dlatego staraliśmy się wspierać nasze panie, jak tylko się dało. Na szczęście na początku maja mogliśmy wrócić do porodów rodzinnych. Ograniczamy jednak czas przebywania na sali porodowej. Osoba towarzysząca może odwiedzić szpital po wcześniejszym wywiadzie epidemiologicznym. Oczywiście po dezynfekcji oraz ubrana w fartuch, rękawiczki i maskę wpuszczana jest na salę w momencie rozpoczęcia porodu. Może także zostać z partnerką do dwóch godzin po porodzie. Co ważne – nie wymagamy od osób towarzyszących, aby zgłaszały się do nas z aktualnymi wynikami testu na koronawirusa.

Czy koronawirus wpłynął na liczbę porodów odbieranych w rudzkim szpitalu?

– W województwie śląskim jest pięć oddziałów położniczych, które zostały przekształcone w oddziały jednoimienne dla zakażonych pacjentek. Jeżeli panie pierwotnie chciały rodzić w jednym z nich, musiały zdecydować się na inny szpital. Dlatego zwiększyła się liczba porodów przyjmowanych na naszym oddziale. Mieliśmy tylko jedną pacjentkę, która obawiała się kontaktu z jakimkolwiek szpitalem, więc zdecydowała, że urodzi w domu.

Słowem, nie odpoczywaliście.

– Jeżeli chodzi o perinatologię i położnictwo, to jesteśmy jednym z najnowocześniejszych ośrodków na Śląsku, więc nieustannie wdrażamy coś innowacyjnego. Czas, kiedy nie wykonywaliśmy planowych zabiegów, przeznaczyliśmy więc na szkolenia i szukanie nowych metod zabiegowych. Teraz zaczęliśmy realizować tę wiedzę w praktyce. Ostatnio główny nacisk kładziemy na wdrożenie nowych technik operacyjnych w ginekologii operacyjnej, w tym laparoskopowych. Laparoskopia w tej chwili stanowi 80 proc. wykonywanych przez nas zabiegów, a jeszcze pięć lat temu było to 5 procent. Chcemy, by liczby te były jeszcze wyższe, więc minimalnie inwazyjne procedury staramy się wdrażać m.in. przy leczeniu mięśniaków macicy, problemie nietrzymania moczu, czy zaburzeniach statystyki kobiecego narządu rodnego.

Jeszcze jedno pytanie na podsumowanie. Był taki moment podczas lockdownu, kiedy z jednej strony dostęp do lekarzy był ograniczony, ale również ludzie obawiali się kontaktu ze służbą zdrowia. Panie będące w ciąży także z tym zwlekały?

– Rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że jedyna choroba, jaka istnieje, to koronawirus. W przypadku kobiet w ciąży telemedycyna jest raczej wątpliwym rozwiązaniem. Nie ma się też co dziwić, że panie obawiały się o ciążę, zdrowie dziecka i swoje, bo jest to szczególny czas pod względem emocjonalnym. Proszę pamiętać, że na początku panowała ogólna dezinformacja. Zresztą do dzisiaj nie mamy jednoznacznych danych odnośnie tego, jak koronawirus wpływa na ciążę. Na szczęście nie doszło do żadnej tragedii, bo położnicy cały czas pracowali i nie było takiego okresu, kiedy pacjentka nie mogła uzyskać pomocy w zakresie porodu czy ciąży.