Dziewczynka w kurtce i czapce stojąca obok drzewa

Lekcje zdalne, ograniczone możliwości spotykania się z rówieśnikami, brak zajęć dodatkowych i coraz większa liczba godzin spędzanych przed komputerem lub z telefonem w ręku. Tak od roku wygląda rzeczywistość dzieci i młodzieży. Jaki to będzie miało wpływ na psychikę młodych osób, z jakimi problemami najczęściej się one borykają, a także co mogą zrobić rodzice, gdy widzą, że dzieje się coś niepokojącego? Rozmawiamy o tym z Danutą Ziębą, psychoterapeutką Poradni Psychologicznej dla Dzieci, która działa przy Szpitalu Miejskim w Bielszowicach.

Czy po liczbie przyjmowanych pacjentów oraz problemach, z jakimi zgłaszają się młodzi ludzie, można po roku trwania epidemii koronawirusa stwierdzić, jak wpłynęła ona na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży?

– Problem zdrowia psychicznego u dzieci i młodzieży jest ogromny od wielu lat, ale niestety spychany na drugi plan, co widzimy po liczbie zgłoszeń. Od momentu funkcjonowania naszej poradni, gdzie przyjmujemy osoby powyżej 6. roku życia, mieliśmy bardzo dużą liczbę przyjęć. Teraz jeszcze więcej osób zgłasza się z prośbą o pomoc. Aktualnie mamy ponad 30 dzieci i młodzieży w kolejce oczekujących na przyjęcie w poradni. Jednak byłabym ostrożna w twierdzeniu, że ma to związek z pandemią. Duża liczba zgłoszeń do poradni raczej wynika z tego, że w ogóle została ona uruchomiona w Rudzie Śląskiej i coraz więcej osób wie o jej istnieniu. Nasza poradnia jest jedną z dwóch możliwości skorzystania z pomocy psychologicznej w naszym mieście w przypadku dzieci i młodzieży, bo oprócz nas jest tylko Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna, z którą zresztą ściśle współpracujemy. Poza tym rozpoczęliśmy działalność wraz z wybuchem epidemii, więc nie jesteśmy wyznacznikiem tego, jak pandemia wpłynęła na dzieci i młodzież. Młodzi ludzie borykają się z różnymi problemami, a te zgłaszane teraz i związane z izolacją, wynikają z rzeczywistości, w której żyjemy od roku. Natomiast nie jest to przeważająca część problemów.

Z jakimi wobec tego sprawami najczęściej zgłaszają się dzieci i młodzież lub ich rodzice?

– Moim zdaniem należy podzielić je na dwie grupy. Z jednej strony zgłaszają się rodzice z problemami wychowawczymi, bo dziecko w ich ocenie jest nieposłuszne, nie chce się uczyć, sprzątać lub trudno do niego dotrzeć. Wówczas mówimy o zaburzeniach zachowań i emocji. Druga grupa to zaburzenia lękowo-depresyjne u dzieci i młodzieży. Obserwujemy duży wzrost liczby samookaleczeń oraz osób z myślami samobójczymi lub rezygnacyjnymi. Często zdarza się też, że sami młodzi ludzie widzą, iż dzieje się z nimi coś niepokojącego, więc proszą rodziców, aby umówić ich na wizytę do specjalisty. Duży jest również odsetek rodziców, którzy zgłaszają się z całościowymi zaburzeniami rozwojowymi u dziecka, czyli spektrum autyzmu lub z zespołem Aspergera. W tym przypadku jesteśmy zmuszeni odesłać ich do innego miasta, ponieważ na razie w naszej poradni nie ma specjalistów z tego zakresu. Dotyczy to także dzieci (do 6. roku życia), które potrzebują wsparcia w rozwoju, bo rodzice widzą, że są problemy z nawiązywaniem relacji, izolacją lub pobudzeniem. Wówczas kierujemy ich do wspomnianej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Rudzie Śląskiej.

23 lutego obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. To choroba, która coraz częściej dotyka dzieci i młodzież, choć częściej słyszymy o niej w kontekście osób dorosłych. Po czym jako rodzice zorientujemy się, że dziecko może mieć depresję, a nie jest to ,,zwykły” młodzieńczy bunt?

– Depresja u dzieci i młodzieży to niedoszacowany i marginalizowany problem. Między innymi dlatego, że choroba ta ma swoje dwa oblicza. Z jednej strony charakteryzuje się ona myślami z obszaru smutku, żalu, niechęci do życia, poczucia bezsensu, bezradności i rozżalenia. Z drugiej jednak strony depresja ma swoje oblicze drażliwe i agresywne. Dlatego mówię o tym niedoszacowaniu i nieszczęściu dzieci lękowo-depresyjnych, bo agresja to często dla nich odwrócenie smutku. W ten sposób próbują sobie radzić, a rodzice uznają to za problem z zakresu zaburzeń zachowania. Sygnałami ostrzegawczymi jest to, że dziecko staje się niechętne wobec wszystkiego i wszystkich, bywa opryskliwe, szybko się denerwuje, a dotychczas wszystko było w porządku. Do tego młody człowiek zaczyna się izolować, zamykać w sobie, nie chce rozmawiać i z dnia na dzień staje się coraz bardziej smutny. Rodzice zgłaszają, że dziecko zawsze chętnie i aktywnie spędzało z nimi czas, a teraz nic mu się nie chce. Tymczasem dziecko ma poczucie, że jest inne od wszystkich i nikt go nie rozumie. W etapie dojrzewania nie chce rozmawiać z dorosłymi, bo potrzebuje swojej indywidualności i przestrzeni. To normalne, ale jeżeli widzimy, że kiedyś miało z nami dobrą relację, a teraz jest coraz to smutniejsze, bardziej zamknięte i drażliwe, to mogą być pierwsze sygnały tego, że dzieje się coś niepokojącego. Warto też zwrócić uwagę na sposób ubierania się. Jeżeli dziecko chodzi w długich, zakrywających ciało ubraniach i reaguje wręcz przesadnie, gdy prosimy o zmianę np. bluzy, to może być sygnał, że pod tym ubraniem kryją się samookaleczenia. Dzieci i młodzież radzą sobie czasami w ten sposób z emocjami, bo wiedzą, że samookaleczanie przynosi natychmiastową ulgę. W przypadku niepokojących sygnałów trzeba więc zwracać uwagę na to, na jakie strony internetowe zagląda dziecko, bo czasami można znaleźć tam gotową instrukcję tego, jak się okaleczać i ukrywać to przed innymi. Obserwujemy duży wzrost tego problemu. Rodzice, gdy się o tym dowiadują, są kompletnie zszokowani, a okazuje się, że młody człowiek kaleczy się np. od kilku lat.

– Jak możemy pomóc dziecku?

– Przede wszystkim trzeba robić wszystko, żeby być z tym dzieckiem w relacji – słuchać go, nie oceniać, nie krytykować – nawet gdy mówi o banalnych z punktu widzenia dorosłego sprawach. Rodzice czasem są zmęczeni tym ,,gadaniem”, ale dla dzieci to jest szalenie ważna sprawa. Żeby dziecko zaczęło mówić o ważnych rzeczach, to musimy najpierw przez wiele godzin porozmawiać o ,,głupotach”, aby nabrało poczucia, że jest ważne. Trzeba pozwolić dziecku mówić o tym, co go interesuje oraz jak się czuje. Zaciekawić się jego życiem i pasjami, pozwolić na opowiadaniu o swoim świecie. Rodzice często w natłoku swoich zajęć i pracy, zapominają o tym, że relacja z dzieckiem, to jest proces, który się tworzy właśnie poprzez niekrytykowanie, słuchanie i nieocenianie. To jest jak szukanie dróg do świata dziecka, bo każde taki ma. On zaprosi nas do niego, gdy zadbamy o relację. Opowie wówczas, dlaczego takie, a nie inne rzeczy go ciekawią oraz jak spędza swój czas, czyli jak reguluje swoje emocje. Pytanie o to, jak było w szkole i o oceny, nie wystarczy. Efekt jest odwrotny do zamierzonego, bo dzieci zaczynają przeżywać to, że dla rodziców liczą się tylko oceny i to jakie mają sukcesy. Oceny to owszem bardzo ważna sprawa, ale rodzice przykuwają zbyt dużą wagę do negatywnych ocen, a do pozytywnych niewielką. Lepszym rozwiązaniem jest towarzyszenie dziecku w ,,porażce” i rozmowa o tym, co się dzieje, że ma gorsze wyniki w nauce i jak możemy pomóc.

Wróćmy na moment do psychologicznych skutków pandemii. O ile dzieci młodsze wróciły do szkół, to w przypadku młodzieży nadal obowiązuje system edukacji zdalnej. Jak młodzi ludzie znoszą tę izolację?

– Sama jestem mamą nastolatki i widzę, że sytuacja jest naprawdę trudna. Jedna z najważniejszych potrzeb społecznych dla wieku rozwojowego, czyli potrzeba więzi społecznych, jest niemożliwa do spełnienia. Poza tym dla młodych osób, dla których oceny są wyjątkowo ważne i są wobec siebie wymagające, jest to podwójnie trudne. Z jednej strony chcą mieć dobre wyniki w nauce, a z drugiej strony nie potrafią się na niej skupić i równocześnie dostrzegły, że w domowych warunkach łatwiej jest o zdobycie lepszych ocen. Poza tym dzieci spędzają wiele godzin przed ekranami komputerów i to właśnie internet staje się dla nich podstawowym polem do nawiązywania więzi społecznych. Skutki pandemii będą widoczne dopiero za jakiś czas, bo prawdopodobnie okaże się, że w pewnym stopniu zanikła umiejętność nawiązywania relacji i funkcjonowania w realnym świecie, a ludzie młodzi jeszcze bardziej będą ciągnęli do internetu, bo tam po prostu jest łatwiej o kontakt. Ponadto widzę wzrost objawów psychosomatycznych związanych z długotrwałym kontaktem z elektroniką. Dzieci coraz częściej skarżą się na to, że boli ich głowa, brzuch lub oczy. Wśród nastolatków rodzi się też pewna dwuznaczność – z jednej strony mają silną potrzebę nawiązywania relacji, a z drugiej nie mogą się spotykać. Aby spełniać swoje społeczne potrzeby, muszą być w niezgodzie z prawem. To prowadzi do poczucia zagubienia i uczy tego, że każdą normę można jakoś ,,obejść”. Warto też wspomnieć o tym, co szczególnie było uderzające na początku epidemii. Ostrzegano, aby dzieci ograniczyły kontakt np. ze swoimi dziadkami, bo są tzw. cichymi zakazicielami. Zrodziła się u nich obawa przed wychodzeniem z domu i spotkaniami z rodziną. Dzieci nie mają tak rozwiniętych funkcji poznawczych, jak dorośli i nie pojmowały, że jest to metafora. Zrozumiały ten przekaz bardzo konkretnie – są nosicielami zarazy. Życie w lęku jeszcze nikomu dobrze nie zrobiło, a izolacja pogłębia ten proces. Nie sam koronawirus, ale to, co dzieje się wokół niego, jest przerażające, a skutki tego mogą być jeszcze bardziej dramatyczne.